
English Version
Apparently, while I lay in the neonatal ward, sealed inside an incubator, my mother could recognize me from afar.
My infant hands were always lifted toward the sky—grasping at invisible air, tracing shapes on the ceiling with tiny fingers, like Michelangelo. My mother wondered whether it was a desperate cry for freedom from the dome that kept me captive for the first dozen days. I arrived too early—born a month ahead of time. It seems that reflex has stayed with me ever since. A “cry for freedom” that returns on certain nights.
Sometimes I stroke my arms gently, as if I was trying to soothe myself. Sometimes I look as though I’m climbing a ladder, trying to reach the top. Only as an adult did I understand that stillness kills me. Slowly wounds me, letting life drain out of me in silence. At first, the scratches seem harmless—barely visible—but with time they become wounds that cannot be stopped. The longer I pretend I can live in one place, the farther I must run to breathe life back into myself. I like it when I’m gone. That’s when I’m most myself.
I’m not running away—certainly not from anyone.
I’m running toward myself. Toward the version of me I love honestly.
Then I love more deeply, too. Maybe I almost miss something. When the wind dances through my hair, I feel energy flooding every corner of my body. My cells tremble with joy at the sound of foreign languages around me. I discovered that when I don’t understand what the locals are saying to me, I begin to understand the most. They stop me mid-sprint toward enlightenment, toward excessive intellectualization.
They show me how to feel. They remind the sensation of my bare feet wandering lazily across sand. They say we are all one, though we seem so different. And I tried so hard to be exceptional. So desperately different. I didn’t yet know that being ordinary is simply impossible.
Who was I to deny others their extraordinariness?
And you? How do you like to live?
A.
Polish Version
Podobno, leżąc na sali noworodków w inkubatorze, moja mama potrafiła rozpoznać mnie z daleka.
Moje niemowlęce rączki były zawsze uniesione ku niebu — łapały niewidoczne powietrze, rysowały malutkimi paluszkami na sklepieniu niczym Michał Anioł. Mama zastanawiała się, czy nie był to mój desperacki krzyk o wolność spod kopuły, która uwięziła mnie na kilkanaście dni. Przyszłam na świat za szybko — o miesiąc za wcześnie. Zdaje się, że ten odruch pozostał mi do dziś. „Krzyk o wolność”, który powraca w niektóre noce. Czasem gładzę się delikatnie po ramionach, jakbym próbowała się utulić, wyciszyć. Czasem wyglądam, jakbym wspinała się po szczeblach drabiny. Dopiero będąc dorosłą, zrozumiałam, że bezruch mnie zabija. Rani powoli, sprawiając, że życie ulatuje ze mnie po cichu. Na początku lekkie zadrapania wydają się niewinne, ledwie widoczne — z czasem stają się ranami, których nie sposób zatamować. Im dłużej udaję, że mogę żyć w jednym miejscu, tym dalej muszę uciec, by na nowo wetchnąć w siebie życie. Lubię, gdy mnie nie ma. Wtedy jestem najbardziej. Nie uciekam — bynajmniej nie przed kimś. Biegnę do siebie. Do tej wersji, którą kocham szczerze.
Wówczas również kocham mocniej. Może prawie tęsknię? Gdy wiatr tańczy między moimi włosami, czuję, jak energia wypełnia każdy kąt mego ciała. Komórki drgają radośnie na dźwięk obcych języków wokół mnie. Odkryłam, że nie rozumiejąc, co mówią do mnie tubylcy — zaczynam rozumieć najbardziej. Zatrzymują mnie w moim sprincie ku oświeceniu, ku nadmiernej intelektualizacji.
Pokazują, jak czuć. Przypominają, jak czują stopy, gdy leniwie kroczą po piasku, obdarte ze zbędnego obuwia. Mówią, że wszyscy jesteśmy jednością, choć pozornie tak różni. A ja tak usilnie próbowałam być wyjątkowa. Tak bardzo inna. Jeszcze nie wiedziałam, że bycie zwykłym jest po prostu niemożliwe.
Kim byłam, by odmawiać innym niezwykłości?
A Ty? Jak lubisz żyć?
A.

Dodaj komentarz